30.05 - 01.06 DROGA SMIERCI - BOLIWIA

DZIEN 135 - 137

 

DROGA SMIERCI: LA PAZ - COROICO 

 

Rano w La Paz doczekujemy sie w koncu poprawy pogody. Dowiadujemy sie jednak o fiescie i zamiast planowanego wczesnego wyjazdu do Coroico ladujemy na Plaza San Fransisco i podziwiamy parade. Glowna ulica La Paz jest zamknieta i podazaja nia setki roztanczonych i ubranych w przerozne tradycyjne stroje Boliwijczykow.

 

 

Stolice opuszczamy wiec poznym popoludniem, ale nad nami w koncu blekitne niebo :) Droga wspina sie w kierunku La Cumbre (4700 m npm) a nastepnie opada w strone Coroico. Z La Cumbre widzimy, ze przed nami w dolinie do ktorej jedziemy klebia sie chmury... Jedziemy w dol. Pierwsze 30 km drogi smierci to asfalty. Mimo to na poboczu drogi widac liczne krzyze...

 

 

Wjezdzamy w chmury. Poczatkowo jest bajecznie ale robi sie pozno, widocznosc spada do 3 m i zaczyna siapic deszcz. Ponadto robi sie ciemno a mgla tak gestnieje, ze nic nie widzimy przy wlaczonych swiatlach. Szukamy zjazdu na szutry, gdzie zaczyna sie najbardziej ciekawy odcinek Camino de La Muerte... Pytamy w przydroznym domku - restauracji o droge. Ludzie wskazuja nam gdzie mamy jechac, ale mowia, ze mozemy sie przespac na ich podworku do rana. Mowia tez, ze na drodze jest zawal i nie da rady przejechac... Jest zupelnie ciemno i jestesmy przemoknieci, chetnie rozbijamy wiec nasz namiocik. Jest znacznie cieplej niz w La Paz :)

Poranek nie przynosi nam poprawy pogody. Deszcz pada i pada, nawet nie wystawiamy glowy z namiotu. Dopiero po 11 cos sie przeciera. Podziwimy pierwsze widoki prawie pionowych scian Koldyliery Real. Wszysko jest porosniete bujna roslinnoscia. Ogromna roznica po "golych" masywach gorskich altiplano. Dowiadujemy sie tez ze droga jeszcze nie jest naprawiona i droga smierci jest nie przejezdna. Patrzac na mala poprawe pogody zwijamy namot i decydujemy sie jechac tak daleko jak sie da. Wpawdzie w nizej polozonych dolinach jeszcze zalegaja geste chmur, my jestesmy dobrej mysli, jedziemy.

 

 

Droga smierci laczy stolice Boliwii La Paz z miejscowoscia Coroico. Ma dlugosc okolo 90km z czego ponad 60 km to jest droga wyciata w skalnej polce posrod pionowych scian. Obecnie jest wybudowana nowa droga ktora porusza sie wiekszosc pojazdow w tym ciezarowki i autobusy. Droga ta otrzymala swa nazwe dlatego ze w ciagu roku ginelo tu okolo 100 osob. Dzis po tej slawnej drodze porusza sie wiecej rowerzystow niz pojazdow mechanicznych. Bardzo duzo tur operatorow ma w swojej ofercie przejazd droga smierci. Droge ta wybudowali Peruwianczycy kiedy po przegranej bitwie dostali sie do niewoli. Powiem Wam nie mieli latwo. Czasem prosciej bylo by wybudowac chyba tunel :) Droga jest wycieta w pionowej skale, czasem nawis skalny nie zostal usuniety w skutek czego jedzie sie jak by w tunelu gdzie po prawej stronie ma sie lita skale a po lewej odziwia sie piekne widoki lub tez widoki zasloniete sa przez splywajaca wode. Cala Koldiriera Real chakterezuje duza stromosc scian i wysokosci dochodzace do 6000m m pm. Do tego wszystko jest obrosniete soczysta zielenia.

Przestalo padac :) Ale czesto ze scian spadaja piekne wodospady, czasem prosto na droge i na nasze glowy, leje sie woda.

 

 

Rozciaga sie piekna panorama okolicy a chmury zalegajace na dnie jeszcze wzmacniaja poczucie piekna.  Droga wija sie niczym waz chcacy pokonac skalne sciany. Droga nie jest szeroka bo ma maksymalnie 3.5m szerokosci. Aby pojazdy sie mogly minac dosyc czesto sa mijanki, tylko pytanie kto ma wracac do tej mijanki :). Po przejechaniu okolo 10 km mija nas ciezarowka. Troche nas to dziwi bo podobno ta droga jest zamknieta dla ciezarowek. 

 

 

Po chwili wraca, zatrzymuje i mowi NO PASAR. I my dojezdzamy do zawalu znajdujacego sie 5 km dalej. Zastanawam sie jak ta ciezarowka tak szybko tu zawrocila, pomijam fakt jak szybko musiala jechac bo zrobienie tych ok 10 km zajelo jej naprawede chwile. Na drodze lezaly liczne kamienie a ze to byly skaly lupkowe to po uderzeniu w ¨jezdnie¨ rozpadaly sie na drobne plaskie kawalki. Calosc drogi zasyanej ne miala wiecej niz 50m. Najgorsze bylo to ze najpierw trzeba bylo wprowadzic motory na dosc stroma gorke, jezeli to sie uda to juz dalej pujdzie gladko. Nie zastanawiam sie dlugo i ubieram rekawiczki i zaczynam ukladac nowa droge z plaskich kamieni. Co wieksze odsuwam na bok lub zrzucam na dno przepasci.

 

 

Zastanawiam sie nad uzyciam dynamitu ktoprego przeciez wieziemy od Potosi. Ale obawiams sie ze moze to spowodowac jeszcze wieksze obsuniecie sie skal. Bo oprocz luznych kamieni lezacych na drodze to jeszcze lal sie wodospad dokladnie tam gdzie mozna bylo przejehac. Zawal oprocz zasypania drogi spowodowal osuniecie sie ok 1m drogi. Widac bylo, ze cos takiego juz sie tu dzialo, bo zbocze bylo obudowane gabionami, jakie spotykamy nad morzem np w Trzesaczu.

 

 

Po 40 minutowej pracy nad nowa droga decydujemy sie przetransportowac pierwszy motor. Jako pierwszy tester jezdni idzie Bandida. Jest on lzejszy i powinno pojsc latwiej. Po drodze na szczyt zawalu dokonujemy jeszcze kilka korekt drogi, tam usunac kamien tam dodac.

 

 

Cale szczescie ze w La Paz zmienilismy opony tylnie ialy tu swoj test. Nie wiem czy zuzyte chinczyki, ciagle przebijajace sie by tu daly rade ale nowiutkie Micheliny… Najtrudniszy odcinek na szczyt pokoalismy w 15 minut lamiac tylko bozny nikomu nie porzebny odblask a wlasciele nie lamiac go a zmniejszajac jego powierzchnie. Nie bylo latwo i ela juz nie raz widziala swoj motor w przepasci bez dna. Jako ze stala z tlu i popychala swoj motor zrobila sobie przy tym pare sinakow. Ja stalem przy kierownicy, pomagajac silnikiem ¨wpychalem¨ motor a gore.

Poruszajac sie po zboczy tak naprawde to zapomnialem zbudowac jakokolwik droge dla siebie i szlo mi sie ni zaciekawie. Kiedy polamalismy boczny odblask na szczesie motor przechylim nam sie przeciwna strone niz przepasc w druga moglo byc nie ciekawie. Po 30 – 35 minutach eli motor, szczesliwy jest juz po drugiej stronie. Ja w swoim decyduje sie odkrecic skrzynki bo w ten sposob bedzie lzejszy. W czasie przeprowadzki mojego motoru ktory poszedl juz bez bolu zaczyna padac deszcz. Po przeprowadzeniu i skercaniu wszystkego do kupy decydyjemy sie na nocelg na jednej z mijanek. Rozbijamy namiot na zakrecie pomiedzy droga, pionowa sciana i betonowym krzyzem upamietanajacy pewnie jakis wypadek.

 

 

Spimy na tym wystepnie skalnym i jestesmy doslownie zalewani strugami wody. Jeszcze nigdy tak nie padalo podczas naszej wyprawy a do tego grzmialo i blyskalo. Okolo 12 w nocy przestaje padac i jak zjawa pojawia sie na tej drodze aurobus, sporych rozmiarow. Kierowca jadac w chmurach na sliskich skalach jechal sobie bardzo szybko. Prawie w ostatniej chwli zauwazyl zawal. Nie zastanawiajac sie dlugo zaczol cofac do mijanki na ktorej przciez my bylismy rozbici... Dziwie sie ze wszyscy do kolola wiedza ze droga jest zawalona a nikt nie wpadnie na pomysl aby zamknac droge. Autobusy poruszajace sie tutaj w wiekszosci po szutrowych drogach sa przygotowane na poruszanie sie w trudnych warnkach terenowych. Maja np duzy kad schodzienia ten kad byl tak duzy ze bez problemu zmiescil sie pod nim nasz namiot. W ten sposob autobus zawrocil... dobrze ze wczesniej odsunelem nasze motory, bo ja by zostaly popchniete przez cofajacy autobus to by sobie poszybowaly prosto w przeasc i dotknly by ziemi dopiero na samym dole. Ciekawostka jest to ze osoba ktora mowila kierowcy ile trzeba cofnac  nie nie miala wiecej niz 12 lat. Bylo bardzo ciasno i kierowca musial kilkakrotnie jechac do przodu i cofac. Uadlo sie, autobus pojechal w swoja strone a nasz namiot zostal na w swoim mejscu. Po calej akci zaczol padac deszcz…   

Poranek nie byl dla nas pocieszajacy, bo caly czas padalo i padalo. Po poludniu decydujmy sie ruszyc dalej, ciagle pamietajac zdanie z przewodnika, ze droga jest najbardziej niebezpieczna podczas opadow deszczu. Nie odjezdzamy jenak daleko bo znajdujemy mala altanke pod ktora nie padal deszcz. Opanowywujemy ja czekajac kiey nas ktos z tad wygoni. Jest sucho :)

 

 

Pozym popoludniem do budynkow znajdujacych sie nie opodali przyjezdzaja pracownicy, ktorzy ciale lataja ta droge. Nie wyganiaja nas, oni robia swoje a my robimy swoje. Kiedy juz wyjezdzali do domu w jednym z motorow urywa sie linka sprzegla. Cos tam kombinuja i kombinuja. W koncu dochodzi do mnie ze my przeciez mamy dwie linki, ktore tez dostalismy w prezecie od Michaela z Aprili jeszcze przed wyjazdem na poludniowy odcinek Ameryki Poludniowej. Otwieram skrzynke z narzedziami, wyciagam linke i wreczam wlascicielowi pechowego motocykla. Jego motor to tez chinczyk wiec wymiana i regulacja nie zajela mu dlugo.  

Kolejny dzien i kolejne krope deszczu. Kiedy pakujemy sie przyjezdzaja ekipa latajaca ta droge. Zauwazam ze nie sa ubrani jak by padal deszcz. Pociezam Ele, ze na dole nie pada i musimy jechac dalej. Wilgoci bylo tyle w powietrzu, ze nasze maszyny nie chca odpalic, na szczescie jest z gorki... Pare kilometrow dalej chmury zostaja u gory a my jedziemy skompani w sloncu :)  Po drodze do Coroico ogolacamy drzewo z mandarynek. Jest cieplutko, swieci slonce, szybko odparowujmy. Nasze motory odzyly, to juz nie altipalno polozne na wysokosci 3500m npm. Do miasta pod gorke jedziemy nawet na 5 biegu. W miejscowosci poza ciekawa zabudowa nic nie ma ciekawego.  Przez chwile obserwujemy jak prze kosciolem swieci sie samochody wraz z kierowcami. Samochod sa badzo ladnie przystrojone kwatami. Ksiadz wymawia modlitwe nad silnikiem kazdego samochodu a nastepnie swieci kierowce, jego zone oraz kluczyki samochodu.

 

 

Robimy male zakupy, co wcale nie oznacza, ze robimy je szybko bo kazdy winduje ceny jak widzi ¨bialego¨ czlowieka. Wiec nachodzimy sie troche za chlebem, warzywami itp...

Wycofujemy sie na upatrzone jeszcze z drogi smierci miejsce noclegowe, ktore znajdowalo sie po przeciwnej stronie doliny. Upatrujemy sobie opuszczone domostwo niepodal drogi La Paz - Amazonka. Jest przytulnie, rozwieszam sznurek i suszymy wszsytko. Co co bezposrednio nie zamoklo od deszczu zawilgotnialo od wszechobecnej wilgoci. Siedzimy pozniej i zajadamy sie mandarynkami karmiac pestkami, obierkami i samymi mandarynkami mrowki. Przypatrujemy sie im i zauwazamy ze maja one ogromne zuwaczki. Bez problemu kazda z nich bierze nawet najweksze pestki z mandarynek. Do tego mrowki maja cos w rodzaju kolca na grzbiecie. Wygladaja dosc bojowo. Siedzielismy sobie pod drzewem mango ale  chyba skonczyl sie sezon na nie bo wokol tylko zostaly same pestki. W nocy po obiadku ugotowanym sobie na zewnatrz namiotu zalegamy w naszym prztulnym namiocie. Jeszcze nie chce nam sie spac wiec rozmawiamy sobie na rozne tematy. Wtedy zauwazamy, ze przez nas karmione mrowki zaczyaja swimy zuwaczkami zjadac nasz namiot. Nasz namiot ma duza siatke na suficie i to ona im zasmakowala. Bez trudu w oczka siatki wbijaja swoje zuwaczki i po chwili oczko jest juz wieksze i wieksze. Zauwazylismy ze jestesmy doslowie otoczeni przez mrowki. Wprawdzie stawiajac namiot widzialem oczyszczona mrowcza droge ale nasz namiot stal w sporej odleglosci od tej drogi. Ubieramy sie szybko i najpierw wyskakuje Ela z namiotu a za chwile ja. Zdejmujemy tropik i tzepiemy go bardzo dokladnie aby sie pozbyc z mrowek. Z czesci sypalnianej nie szlo to trzepanie juz tak latwo.

 

 

Musialem ubrac rekawice to zdejmowac kazda mrowke. Przenosimy namiot do pomieszczenia budynku wczesniej jeszcze raz wszystko trzepiac. No nie wiem co by bylo gdyby mrowki pogryzly nasz namiot, bo powycinaly w nim nawet 1cm otwory. Na szczescie nie doswiadczylismy jak bolesne sa ich zuwaczki na wlasnej skorze! W ruch idzie tasma bo trzeba to zakleic na szybko, jak bedzie chwila o trzeba bedzie to wszystko pozaszywac.  

Ech ta nasza droga smierci... jak nie deszcz to zawal jak nie zawal to atak mrowek :) Dlugo ja bedziemy pamietac. Wiekszosc ludzi przelatuje nia w kilka godzin... my spedzilismy na niej jakies 70 godzin!!!