06 - 08.06.2010 UROS - PLYWAJACE WYSPY

142 - 144 DZIEN 

 

PERU - PUNO (UROS - plywajace wyspy)

 

Na granicy spotykamy Argentynska ekipe ktora podrozuje Land Roverem Discovery II z przyczepa kempingowa (www.hobbitsaventureros.blogspot.com). Jest ich w samochodzie 5 osob, cala rodzina. LR nie bylo latwo przejechac przez te boliwijskie szutry w paskudnym stanie, za ktore trzeba bylo jeszcze zaplacic. Na granicy Peruwianskiej dla odmiany wszystko idzie bez problemu. Policja migracyjna wstawia nam pieczatki. U Eli coraz trudniej z miejscem na pieczatki w paszporcie. Pozniej idziemy do celnikow a tam komputer gdzie wpisywane sa wszystkie dane nasze i motocykli. Na koniec dostajemy wydruk. Papier podpisywany jest jeszcze przez SUNAT cos w rodzaju kontroli celnikow i jestesmy w Peru!!!!

 

 

Tuz za granica zatrzymujemy sie i jemy pozne sniadanie. Niby jestesmy od Boliwi zaledwie 500m ale czujemy jakas zupelnie inna atmosfere. Ludzie, ktorzy przechodza poboczem mowia nam HOLA lub dziendobry lub poprostu sie usmiechaja. Przechodzi tez meszczyzna z tobolkiem, ktory okazuje sie Boliwijczykiem. Rozmawiamy z nim przez chwile. Mowimy mu, ze bardzo nam sie w Boliwii podobalo. Ze ludzie sa bardzo dobrzy, ze jedynie z policja i celnikami mielismy problemy. Na te slowa widzimy jak mu sie w oczach kreci lza. 

Zauwazamy tez jak do granicy caly czas jezdza taksowki. Niby nic, ale to sa przerobione motocykle, tak ze zabieraja dwie osoby + bagarz. Widac takze takie same taksowki ale wersje cargo. One juz nie maja lancucha napedzajacego a najzwyklejszy wal kardana. Na miejscu malej zebatki jest jakas przystwka do krorej przykreca sie wal. Cala ¨ciezarowka¨ na takze tylni most.

Decydujemy sie na nocleg przed Puno, nie ma sesu wjezdzac do miasta o tej godzinie. Na zwiedzanie plywajacych wysp i tak juz jest za pozno. Na nocleg zatrzymujemy sie w sosnowo - swierkowym malym lasku na zboczu gory. Tam najpierw wygrzewamy sie w sloncu a pozniej rozbijamy namiot. Lokalesi, ktorzy tamtedy przechodza, goniacy lamy, osiolki, muly czy statda owieczek nie maja nic przeciwko. Sami pierwsi podnosza reke w gescie pozdrowienia. Przyjezdza do nas takze dwojka dzieci na rowerku, jeden mial moze z 12 lat a drugi moze z 6 lat. Proponuje im przewieznie na motorze i najpierw wioze jednego a potem ich dwojke.

 

 

Sprawiamy im tym ogromna frajde. Rozmamiwmy z nimi i dowiadujemy sie ze starszy ma swoja krowe o ktora dba. Wyobrazacie sobie aby dziecko w Europie chwalilo sie, ze ma swoja krowe. Mowi nam tez o gniazdujacych w okolicy orlach i o szkole do ktorej lubi chodzic. Pyta tez czy bedziemy tutaj spali, my na to ze tak a on na to czy mamy pistolet... Hmmm... my na to, ze nie mamy, ale maly po chwili mowi, ze to bardzo spokojna okolica. Dajemu mu kupiony wczesniej na ryneczku za pare soli zegarek i widzimy ile radosci to mu sprawia. Starszemu robimy zdjecia na motorze i prosimy aby napisal nam swoj adres.

Nastepnego dnia w Puno jestesmy bardzo wczesnie. Po pierwsze Peru ma inna strefe czasowa niz Boliwia o czym wiedzielismy i przestawilismy nasze zegarki, ale przestawilismy ja w zla strone. Na zle nam to nie wyszlo, bo juz o 7 slonce bylo wysoko. Kierujemy sie do portu i tam dopadaja nas kapitanowie stateczkow i oferuja rejs na wyspy UROS. Znajduja nawet schronienie na nasze motory oraz plecaki. Wydajemy wymieniona kasiorke na granicy na statek oraz kupujemy chleb. Mustrujemy sie na lodzi i czekamy kiedy zbora jeszcze wiecej osob. Jest jedak bardzo wczesie i nie przychodzi im to latwo. Przychodzi do nas kapitan i mowi, ze jak zaplacimy po jeszcze 5 soli to mozemy juz plynac, albo jeszcze czekamy nawet 30 minut. Mowimy, ze czekamy. Z nami na lodzi jest jeszcze para z Angli i osoba z Australii. Kiedy przychodzi po raz drugi do nas kapitan i ponawia prosbe, widze ze do keji podchodzi kolejny statek i ten poprostu musi odplynac. Jezeli nie zebral kompletu to jego sprawa, musi odplynac. Mowimy twardo, ze czekamy... i po chwili nie placac nic wiecej plyniemy.

Po okolo 15 minutach wylaniaja sie pierwsze, zbudowane z trzciny totora wyspy.

 

 

Ladujemy na bardzo ciekawej wyspie, bardzo ciekawej, bo nie tak mocno skomercjanizowanej. Kiedy schodzimy z lodzi czuc, ze nie chodzi sie po stalym gruncie. Mozemy zagladnac do kazdego miejsca na wyspie. Na odwiedzanej przez nas wyspie zylo 6 rodzin. Znajduje sie tu takze szkola dla dzieci, ktore dowozone sa przez ¨schoollodz¨ :) Siadamy i gospodarz wyspy zaczyna opowiadac o wyspie. Kiedys nie bylo plywajacych wysp tylko rodziny zyly na lodziach zrobionych z trzciny na ktorych staly trzcinowe domki. Plywajace wyspy sa plywajacym torfem na ktorym rosnie trzcina. Takie plywajace torfowe wyspy wiaze sie sznurem i na wierzch kladzie sie luzem trzcine. Trzcina nie przypomina polskiej trzciny, ktora widujemy chocby nad Zalewem Szczecinskim. Jest ona o wiele grubsza i jest zbudowana jak by z pecherzykow powietrza, przypominajacych neopren, dlatego ma taka wypornosc. Z tej trzciny, oprocz wykladania jej jako podloge wyspy budowane sa lodzie, domy ktore wzmacniane sa bambusem. Domy takze stoja na ¨stercie¨ trzciny.

 

 

Gospodarz pokazuje nam takze otwor w podlodze wyspy, do ktorego wpuszcza kamien ze sznurkiem. Wyspa ma grubosc okolo 3m a do dna jest 17m!!!  Wyspy sa cumowane aby sie nie przemieszczaly i jak to mowi gospodarz aby nie poplynely do Boliwi :). Indianie zyja spokojnie, bez pradu, prawie... kiedys dzieci uczyly sie przy swieczkach i na wyspach bylo wiele pozarow i prezydent Peru ¨Fudzimori¨ sfinasowal baterie sloneczne oraz akumulatory. Niestety nic za darmo, Indianie musza to splacac co miesiac... Od czasu zainstalowania bateri slonecznych na wyspach nie ma juz pozarow. Indianie wysp Uros zajmuja sie glownie lowiectwem ryb oraz wyrobem roznego rodzaju pamiatek dla turystow. 

 

 

My, choc rzeczy byly naprawde piekne nie kupujemy nic bo i kasy malo a i miejsca w motocyklach jeszcze mniej. Stosuja takze handel wymienny, sprzedaja swoje wyroby, ryby w zamian za ziemniaki itp. Na wyspie widac rowniez ptactwo domowe oraz dzikie... oswojone. Gospodarz oferuje nam przeplyniecie tradycyjna lodzia z trzciny na inna wyspe. Troche sie targujemy i to my wioslujemy.

  

 

 

Ladujemy na nowej wyspie, nie panuje tu jednak rodzinna atmosfera. Jeszcze przed odplynieciem naszego gospodarza rozmwaiamy z nim i mowimy, ze nam sie bardziej podobalo na jego wyspie. On proponuje nam aby przyplynac do niego na dluzej i uczyc go angielskiego a on w zamian nauczy nas jezyka Aymara. Gdy by nie motory to bym sie nie zastanawil, ja zreszta bym za wiele nie nauczyl bo nauczycielem byla by Ela ale za to na pewno byl bym pomocny w innych rzeczach. Przez ten hiszpanski to ten moj koslawy angielski wogole mi sie pomieszal. Na do widzenia jego malzonka, ktora razem z nim wioslowala krzyknela do nas naprawde poprawna polszczyzna DO WIDZENIA :)

 

 

Z Puno decydujemy sie pojechac do Kanionu Kolka. To Polacy jako pierwsi splyneli tym do nie dawna nie zeksplorowanym kanionem.  Robi sie pozno, nocujemy gdzies po drodze w opuszczonej zwirowni. Nastepnego dnia decydujemy sie odpalic dynamit, ktory caly czas wozilem w plecaku. Tak naprawde to go przemycilismy przez granice Boliwijsko - Preuwianska. Szukamy miejsca aby podczas wybuchu byc bezpiecznym a i aby efekt bym najciekawszy. Wybieramy jedna z bruzd zrobionych przez wode. Ela kreci filmik jak skladam tak naprawde moj pierwszy ladunek wybuchowy. Ugniatam TNT, zawijam w orginalny papier po lase dynamitu, obkladam ja woreczkiem ze sproszkowana nitrogliceryna, wkladam zapalnik, odpalam, mocujemy ladunek i wiejemy mamy jeszcze 2 minuty. Po uplywie 2 minut bummm, piekna eksplozja:)))), az zaluje ze tylko kupilem jeden zestaw ¨malego minera¨. Dosc ciekawe doswiadczenie, aczkolwiek niebezpieczne. My schowalismy sie za pryzma ziemi jakies 150m dalej a dolecialy do nas male kamyczki z eksplozji. Chyba zdalem egzamin na minera :)

W Areqipie jestesmy tuz przed zachodem slonca.  Miasto bardzo ladne, ale ruch samochodow i innych pojazdow bardzo duzy. Warto bylo tam zostac szczegolnie, ze bylo tam cieplutko nawet po zachodzie slonca. Juz w nocy opuszczamy granice miasta. Rozbijamy sie w miejscu ktore wczesniej wypatrzylem.