09.06 - 12.06.2010 KANION KOLKA

145 - 148 DZIEN

 

AREQUIPA - CHIVAY - COBANACONDE - KANION KOLCA (Oaza Sangalle)

 

Jak zwykle rano pakujemy nasz caly dobytek. W sumie nasza jazde mozna by podzielic na etapy. Etap pierwszy pakowanie, etap drugi jazda-jazda-jazda, etap trzeci zwiedzanie, etap czwarty rozpakowywanie i stawianie obozu, etap piaty gotowanie, etap szosty spanie. Gdzies po drodze jest tez etap posredni - wypoczynek, niestety on sie nie zdaza czesto wiec czasami jak gdzies "przysiadziemy" to trudno nam sie wyrwac. Na razie panujace temperatuty  nie sa sprzyjajace, szczegolnie w nocy... rano w butelkach z woda, ktora jest na zewnatrz namiotu, plywa lod...

 

 

Czasem nad ranem jest nawet -7, ile jest w nocy ???  Mamy nadzieje, ze gdzies nad oceanem zatrzymamy sie na dluzej. Marzy mi sie zbudowane domku na plazy z bambusa i posiedzenie i wygrzanie tylka. Jak na razie jedziemy szczesliwi bo w piekniej pogodzie i w sloneczku. Niby powinno byc cieplo (coraz blizej nam do rownika), ale tu jest juz poczatek zimy... a do tego poruszamy sie co chwila na wysokosci powyzej 3500m npm.

 

 

W drodze do Chivay, pniemy sie coraz wyzej i wyzej... pobijamy nasz kolejny rekord, zdobywamy przelecz na wysokosci  4910m npm. Rozciaga sie z tamtad piekny widok na okoliczne wulkany ktorych tu jest zatrzesienie.

 

 

Przed wjazdem do miasta placimy za wstep do parku Kanionu Kolka, dosc sporo bo po 35 soli (ok 3 sole =1$US). W miescie zatrzymujemy sie aby zrobic male zakupy na zejscie na dno kanionu. Ela robi tez rekonesans w strefie jadlodajni i udaje nam sie zjesc pyszny obiad za 4 zl zlozony z zupy oraz drugiego dania w ktorym jest ryz, makaron typu spagetti, ziemnaiki i kurczak. Taki misz masz, i tak sie dziwie, ze w kraju gdzie jest ponad 10 tys odmian ziemniakow!!!! je sie tak malo ziemniakow. Na nocleg zatrzymujemy sie tuz za Chivay. Przed nami rozciaga sie panorama poczatku kanionu Kolca. Do okola nas terasy ktore datowane sa nawet na 8000 lat temu. Prawie wszystkie dzis sa nadal uprawiane i co ciekawe nawadniane.  

 

 

W Cobanakonde jestesmy w poludnie. Znajdujemy tani Hostel gdzie bedziemy mogli zostawic nasze "muly" na czas naszego zejscia na dno kanionu.

Kanion Kolca to najglebszy kanion swiata, choc i tu sa zdania podzielone. Jest jeden z najglebszych i jest w czolowce. Dla porownania mozna dodac, ze jest dwa razy glebszy niz Wielki Kanion Kolorado w USA. Dlugosc kanionu to 120 km, otaczaja go szczyty dochodzace do 4200m npm i roznica pomiedzy wlotem a wylotem wynosi ponad 2000m. Kanion przeplyneli po raz pierwszy Polacy z klubu "Bystrze" w 1981.

I my chcemy przynajmniej osignac dno kanionu. Poznym popoludniem  zaczynamy powolne schodzenie na dno.

 

 

Nie ma co sie smiac, bo prawie w pionie trzeba pokonac ponad 1500m. Na razie nie mysle co bedzie kiedy sytuacja sie odwroci i trzeba bedzie wspiac sie do gory. Idziemy sobie spokojnie i robimy foty, co chwila miajaj nas karawany zlozone z mulow ktore niosa zaopatrzenie do wiosek ktore sa po drugej stronie kanionu i do ktorych nie ma zadnej dorogi, ktora mozna przejechac jakimkolwiek pojazdem mechanicznym. Na samym dnie kanionu znajduje sie Oaza Sangalle. Mozna tam sie rozbic namiotem lub przenocowac w chacie zrobionej z bambusa. Znajduja sie tam tez basen ktore sawypelniane woda wprost ze zbocza gory. Woda plynie w specjalnym korycie przez co slonce ja ogrzewa i taka ciepla wpada do basenu.

 

 

My na razie ta oaze widzimy z wysoka i mamy do niej kawal drogi. Droga na dol zajela nam ponad 4 godziny i juz na latarkach schodzimy nad wiszacy most. Decydujemy sie, ze nie idziemy na kemping bo i tak rano wracamy na gore. Slonce zaszlo a jest cieplo. Znajdujemy sobie male, plaskie miejsce przed wejsciem na most. Ela chce sie rozbic na moscie :))) co skutecznbie jej wybilem z glowy. Siadamy na moscie i rozpoczynamy gotowanie. W pewnej chwili most sie zatrzasl, posypaly sie kamyczki ze zbocza... czyzby kolejne trzesienie Ziemi. Nie wiem czy to bylo wogole odczuwalne stojac na stalym gruncie ale na moscie wiszacym bylo. Nie wiemy co to bylo, bo nikt nie mowil nam o zadnym trzesieniu w okolicy. Ale przeciez nie wszystkie stopnie czlowiek odczuwa. Dobrze ze wybilem Eli z glowy rozbicie sie na moscie bo okolo 3-4 w nocy przechodzila tamtedy karawana zlozona z molow. Tubylcy nic nie mowili a nawet sie smiali z naszego miejsca na namiot. Tak naprawde to przy wyjsciu z namiotu mozna bylo moczyc nogi w dzikiej rzece Kolca... tylko ze ta rzeka byla jeszcze 25m nizej :). Trzeba bylo uwazac przy opuszczaniu namiotu.

 

 

Rano idziemy do Oazy, korzystamy z cienia tam panujacego, ogladamy sobie basen i starymi tarasami schodzimy na samo dno :)! Dno kanionu przypomina troche krajobraz ksiezycowy. Koryto usiane jest wielkimi glazami i gdy by nie ta oaza to mimo panujacych tu tropikow nie bylo jakielkolwiek roslinnosci.

 

 

Zbieramy sie na gore... brrr sobie mysle... przy schodznieu strasznie zaczelo mnie bolec lewe kolano. Na gorze w miescie jestesmy po ponad 6 godzinach. Dopadamy sie pierwszego sklepiku w ktorym mozna bylo kupic wode. Na szczescie pani nie winduje ceny jak widzi "bialego" i mozemy sie napic. Wode mozna bylo kupic takze w Oazie ale za 3x wieksza oplata.  W Miescie okazuje sie ze jest fiesta, nie wiem czy my mamy takie szczescie, czy tu wszedzie sa fiesty. Obchdzimy glowny plac i zauwazamy ze na placu stoi jakas konstrukcja wykonana z bambusa. Podchodze do niej i ogladam co to jest. Liczne pedy bambusa powiazane sa sznurkiem. Tubylec widzi, ze sie interesuje i cos do mnie mowi ale nie do konca go rozumiem, wolam Ele. Kiedy mowi, ze oni to za 15 minut podpala konstrukcje zauwazam ze tam za zamontowane fajerwerki. Siadamy nieopodal tej wiezy ktora stoi na ulicy i ma z 10 -15 m wysokosci, czekamy popijajac wode i zajadajac suche bulki. Bulki kupilismy w sklepei w ktorym robilismy zaopatrzenie. Kiedy je robilismy pani za 1 sola sprzedala nam 6 bulek. Kiedy zauwazamy jak tubylec za 1 sola dostaje 8 bulek, sami ladujemy do woreczka 16 i dajemy 2 sole... AAAAA kupujac wode kupilismy sobie cos co nazywa sie INCA COLA. Aby bylo ciekawiej to nie ma koloru coca coli a ma piekny kolor slomkowy. Smak ma moze troszeczke jak smak rozpuszczonych landrynek albo gumy do zucia. Ciekawy smak :) notabene produkowane jest to tez przez koncern Coca Cola ale chyba nazwa zostala przejeta przez koncern przy wykupie firmy bo data powstania Inca Coli jest na 1845.

Kiedy przychodzi czas odpalenia fajerwerkow to muzykanci grajacy nieopodal przenosza sie blizej wiezy. Ludzie zaczynaja tanczyc a fajerwerki zaczynaja odpalac. Nie sa to zwykle fajerwerki, ktore strzelaja w gore. Tu sie wszystko kreci, wiruje, sypie iskrami na wszystkich do okola. Kala konstrukcja trzesie sie tak jak by sie miala zaraz przewrocic lub wystartowac w kosmos. Raz nawet cztery wirujace spodki polecialy sobie na cztery strony swiata ladujac gdzies w krzakach, przy nie opodal zaparkowanych samochodach oraz dzieciach ktore uciekaly. To wszystko choc nie zbyt bezpieczne daje niesamowity efekt. Te fajerwerki choc o znacznie skromniejszym budrzecie daje niesamowity efekt, bijacy nawet fajerwerki na "Dni Morza". Tysiace rozno kolorowych iskier, roznych kreciolow, tanczacych ludzi w pieknych strojach narodowych, biegajace dzieci ktore przebiegaly pod snopami iskier, muzyka na zywo... cos przepieknego.

 

 

W poludnie pakujemy sie i jedziemy w kiedunku Chivay. Po drodze zatrzymujemy sie na licznych miradorach ktore mijalismy spieszac sie do Kanionu Kolca. Najduzej zatrzymujemy sie nad miradorem na ktorym mozna zobaczyc Kondory, nawieksze ptaki swiata, ktore maja swoje gniazda po drugiej stronie kanionu. Nie trzeba bylo siedziec dlugo... zjawily sie bardzo nagle. Wykonaly liczne przeloty nad nami, sa naprawde wielkie (rozpitosc skrzydel ponad 3 metry!).